Parabeny, parafinę, silikony i inne znane od lat składniki kosmetyków skazano na banicję. Czy rzeczywiście zasłużyły na taką karę i dlaczego my, użytkownicy, ulegliśmy nieuzasadnionej fobii? Oto cała prawda o substancjach z „czarnej listy”.  

Konia z rzędem temu, kto potrafi udowodnić szkodliwość działania parabenów, silikonów, triclosanu, oleju parafinowego, SLES-ów – substancji z tzw. czarnej listy składników stosowanych w kosmetykach. Obecne od dziesiątków lat w kremach, szamponach, farbach czy antyperspirantach, są dziś powszechnie uważane za winne kłopotów ze skórą, a nawet problemów zdrowotnych całego organizmu. Złej opinii ciągnącej się od lat za „oskarżonymi” nie są w stanie zmienić „środki łagodzące” w postaci racjonalnych dowodów naukowych. Cóż, przypięta łatka ma moc! W ślad za fobią społeczną podążają producenci, którzy odpowiadając na potrzeby rynku, eliminują z kosmetyków kluczowe niegdyś składniki i zastępują je innymi, pozornie bezpieczniejszymi. Czy jednak jest się czego bać? Czy rzeczywiście powinniśmy unikać substancji naznaczonych stygmatem „szkodliwe”?

Skórka niewarta wyprawki

Wszystko zaczęło się od publikacji naukowej dotyczącej raka piersi. Zarzuty z 2003 i 2004 r. koncentrowały się wokół tezy, że zawarte w dezodorantach parabeny powodują nowotwory węzłów chłonnych. Choć ich obecność stwierdzono w zmienionej tkance, to zarzuty nie zostały potwierdzone. Ostra nagonka na parabeny doprowadziła do absurdalnej sytuacji, w której producenci mają do dyspozycji coraz mniejszy pakiet konserwantów. Zdaniem dr inż. Iwony Białas, chemiczki, kosmetolożki, Safety Assessor w Cosmetosafe Consulting, stosowane od lat parabeny zostały przebadane na wiele sposobów i nie ma żadnych dowodów na to, że są szkodliwe. Wszystkie kosmetyki zawierają substancje w zakresie dopuszczalnych stężeń i dla większości z nich jedynym efektem niepożądanym bywa działanie drażniące lub uczulające, co może wynikać z osobniczej wrażliwości, uczulenia na jakiś składnik, zaburzenia równowagi naskórkowej, istniejącej choroby, czy wcześniej wykonanych zabiegów kosmetycznych.
Mimo tego większość osób chce używać kosmetyków niezawierających konserwantów. Dlatego niektórzy producenci zaczęli wymieniać parabeny na inne konserwanty, a na opakowaniach pojawiły się napisy „paraben free”. Negatywny PR dla bezpiecznych parabenów sprawił, że przemysł kosmetyczny zaczął szukać alternatywnych rozwiązań, sięgając po starsze i dawno zapomniane już konserwanty, takie jak fenoksyetanol, alkohol benzylowy, pochodne hydantoiny, chlorfenezyna.
„Niełatwo zrobić trwały produkt, a skuteczność alternatywnych konserwantów jest dużo niższa niż niesłusznie znienawidzonych parabenów. Nie ma dobrych naturalnych konserwantów do produktów pod oczy i dla niemowląt. Użycie „bezbronnego” wobec chorobotwórczych drobnoustrojów kosmetyku na pupie małego dziecka grozi zakażeniem bakterią Escherichią coli lub innymi poważnymi skutkami dla zdrowia” – ostrzega dr Białas. Co prawda można stworzyć kosmetyk naturalny, konserwowany etanolem, ale jest on skuteczny tylko w wyższym stężeniu. Oznacza to, że np. krem do twarzy czy tonik mogą dawać przejściowy efekt szczypania i zaczerwienienia.

Konserwant niezbędnik

Kosmetyk bez konserwantów nie istnieje. Wyjątkiem są perfumy (alkohol etylowy jest konserwantem) i oleje. W temperaturze pokojowej produkt wytrzyma 3–4 dni, a przechowywany w lodówce dwa dni dłużej. W tym czasie rozwijają się w nim mikroorganizmy, które obniżają jakość kosmetyku i mogą wywołać poważne infekcje u użytkownika. Informacja na opakowaniu „preservative free” (bez konserwantów) oznacza więc, że kosmetyk zawiera składniki, które oprócz innych funkcji spełniają też rolę konserwującą. A tego producent nie musi deklarować. Konserwanty pomagają zwalczać bakterie i grzyby.

Gładka materia

Za przyjemną aplikację kremu odpowiadają silikony (Dimethicone, Cyclomethicone, Simethicone, Laurymethicone copolyol). Pozostawiają wrażenie satynowej gładkości, bez tłustego, białawego filmu. Silikony są obecne także w balsamach do ciała, szamponach, odżywkach oraz w kosmetykach do stylizacji, gdzie wygładzają łuski przesuszonych i zniszczonych włosów. Pozytywne „efekty specjalne” to ich zasługa. Ta substancja nie wnika w skórę, stając się zaporą dla niekorzystnych czynników atmosferycznych i promieni UV.

Bez bicia piany

SLS i SLES używane są w kosmetykach od kilkudziesięciu lat i ich bezpieczeństwo nigdy nie budziło wątpliwości Komisji Europejskiej oraz Komitetu Naukowego ds. Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS). SLS (Sodium Lauryl Sulfate) i SLES (Sodium Laureth Sulfate) to substancje myjące, pianotwórcze, silnie odtłuszczające skórę, stosowane w kosmetykach spłukiwanych, które mają krótki kontakt ze skórą: żelach pod prysznic, szamponach, kosmetykach do kąpieli, farbach do włosów, preparatach do golenia i pastach do zębów. Powszechnie uważa się, że SLES i SLS po przeniknięciu przez skórę kumulują się w organizmie i mogą sprzyjać powstawaniu nowotworów. – Nie wiadomo, jak powstał mit o ich działaniu kancerogennym i nie istnieją żadne naukowe badania na ten temat. SLS nie jest już stosowany w kosmetykach, a SLES używany w znikomej ilości w mieszaninach ze składnikami myjącymi o działaniu natłuszczającym i nawilżającym albo zastępowany łagodnymi środkami myjącymi (np. pochodnymi glukozydowymi) – tłumaczy dr Piotr Koziej, Safety Assessor z Laboratorium Centrum Kosmetyków w Warszawie.

Ropopochodne dla wrażliwych

Przeciwnicy oleju parafinowego (Paraffinum Liquidum), wazeliny (Petrolatum), wosku mikrokrystalicznego (Cera Microcristallina), substancji pozyskiwanych przez destylację ropy naftowej, dowodzą, że są one toksyczne, zatykają pory i uniemożliwiają skórze oddychanie, co prowadzi do kumulowania się toksyn w organizmie. To nieprawda, bo parafiny działają wyłącznie powierzchniowo, nie wywołując podrażnień czy alergii. Nie jest też prawdą, że parafiny uniemożliwiają skórze oddychanie – człowiek nie oddycha przez skórę, wymiana gazowa tą drogą jest znikoma. Natomiast dłuższe używanie emolientu w czystej postaci, np. wazeliny, oleju mineralnego powoduje tworzenie się tzw. ciągłej warstwy okluzyjnej, co całkowicie hamuje transepidermalną utratę wody. Efekt? Przesuszenie skóry. Dlatego producenci mieszają olej parafinowy z silikonem lub innym tłuszczem. Natomiast składniki „ropopochodne” doskonale natłuszczają wrażliwą, bardzo suchą skórę, tworząc film, który zapobiega utracie wody z naskórka. Z tego względu stanowią podstawę wielu maści farmaceutycznych i leków aplikowanych miejscowo na skórę. Składniki te nie nadają się dla cer tłustych i łojotokowych, ponieważ sprzyjają powstawaniu zaskórników i powodują błyszczenie się skóry. „Kiedyś problemem była czystość oleju parafinowego, mogły się do niego dostać węglowodory wielopierścieniowe (WWA) z rakotwórczym benzopirenem. Dziś parafiny są surowcami o bardzo wysokiej czystości i odpowiadają jakościowo surowcom stosowanym w produktach farmaceutycznych” – komentuje dr Koziej.

Dioksan pod nadzorem

Związki polietylenoglikolu (PEGi) to składniki nawilżające, które trwale wiążą wodę z otoczenia. Dzięki nim skóra staje się nawilżona i napięta, a kremy i balsamy zyskują właściwą konsystencję. Największe obawy może budzić dobre oczyszczanie surowca. Powstający w tym procesie dioksan jest toksyczny. Według Międzynarodowej Agencji ds. Badań nad Rakiem (IARC) może on mieć działanie rakotwórcze dla ludzi, nie zostało to jednak potwierdzone. Jak wskazuje Komitet Naukowy ds. Toksyczności, Ekotoksyczności i Środowiska (Scientific Committee on Toxicity, Ecotoxicity and the Environment), działanie rakotwórcze występuje jedynie przy dużych stężeniach dioksanu. Mimo najwyższych standardów produkcji śladowe ilości zdarzają się w niektórych substancjach pianotwórczych, detergentach, emulgatorach zawierających w nazwach INCI: „-eth-”, „PEG”, „-oxynol-”, „Polyethylene”, „Polyoxyethylene”. Zdaniem dr. Kozieja, minimalne ilości dioksanu w kosmetykach nie stanowią ryzyka dla zdrowia. Potwierdziła to m.in. amerykańska Food and Drug Administration (FDA). Ponadto badania absorpcji przeznaskórkowej wykazały, że dioksan bardzo szybko odparowuje z powierzchni skóry, więc możliwość przedostania się go do organizmu po aplikacji kosmetyku jest znikoma. Jak widać, fakty bronią się same, a nasz wybór zależy tylko od tego, czy chcemy w coś wierzyć, czy nie. Myślenie ma przyszłość!

Kontrola jakości

Zanim kosmetyk trafi na półkę, Safety Assessor przeprowadza ocenę bezpieczeństwa kosmetyku na podstawie informacji otrzymanych od producenta kosmetyku (składu produktu, specyfikacji dla poszczególnych składników i wyników badań gotowego produktu) oraz toksykologicznych baz danych. Raport z oceny bezpieczeństwa jest kluczowym elementem dokumentacji produktu kosmetycznego. Jego weryfikacji dokonuje Państwowa Inspekcja Sanitarna.

Glin na świeczniku

Aluminium, czyli glin, jest obecnie jedną z najczęściej omawianych substancji z czarnej listy. Kiedyś uważano, że związki glinu powodują chorobę Alzheimera. On sam odkrył ją u żołnierzy amerykańskich, weteranów wojny w Wietnamie, którzy jedli z aluminiowych menażek. Doszedł do tego wniosku, gdy okazało się, że mają oni podwyższony poziom aluminium w mózgu. Potem obalono tę teorię, ponieważ zabrakło na nią naukowych dowodów. Sole glinu (aluminum chlorohydrate) znajdują się w dezodorantach i antyperspirantach. I mimo że firmy stosują się ściśle do zalecanych ilości składnika, zdarzają się uczulenia.
Źródło:

Louis Widmer – Extrait Liposomal – serum liposomalne 30ml

Serum Extrait Liposomal zawiera kwas hialuronowy, który posiada właściwości zatrzymywania wody w warstwie rogowej naskórka. Składniki nadają skórze uczucie komfortu, pozostawiając cienki, elastyczny filtr ochronny. Skóra staje się mocniejsza, bardziej elastyczna i jędrna, a zmarszczki wyraźnie zredukowane.